W poprzednim wpisie pisałam o tym, czym naprawdę są energia żeńska i męska. Nie jako role społeczne, czy zestaw cech przypisanych do płci, ale jako wewnętrzne jakości, archetypowe siły obecne w każdym z nas. Pisałam o micie, o cieniu, o potrzebie integracji. O duchowej alchemii, która zaczyna się wtedy, gdy żeńskie i męskie przestają się zwalczać, a zaczynają się wspierać.
Ale dziś chcę zostawić teorię i opowiedzieć Ci historię. Prawdziwą, a jednocześnie bardzo symboliczną.
Pewna rozmowa
Kilka lat temu prowadziłam rozmowę z przyjacielem, który właśnie intensywnie eksplorował świat rozwoju duchowego. Zachłysnął się nowym językiem: mówił o polaryzacji, energii żeńskiej i męskiej. Mówił z przekonaniem, jak ktoś, kto dopiero co odkrył mapę i jest pewien, że już zna cały teren.
Słuchałam go z uwagą. Ale zamiast sięgać po definicje, pojęcia i książki, odpowiedziałam obrazem. Zupełnie intuicyjnie, bez zamiaru „nauczania”. Po prostu… coś się we mnie pojawiło.
Powiedziałam: „Wiesz, dla mnie to wygląda tak: energia żeńska to jak kobieta unosząca się w powietrze – lekka, eteryczna, poruszona czymś niewidzialnym. A energia męska to ktoś, co trzyma ją za stopy. Nie po to, żeby ją zatrzymać, ale po to, żeby nie odfrunęła za wysoko, żeby miała do czego wrócić.”
Energia, która unosi
Dla mnie energia żeńska jest ruchem w górę. To intuicja, emocja, inspiracja, tworzenie, połączenie z czymś większym. To marzenie, które jeszcze nie ma formy. To taniec duszy, zanim przybierze kształt.
Ale wiem też, że bez uziemienia ta lekkość może stać się ucieczką. Może stać się nierealnością, rozproszeniem, przeciążeniem. Znam ten stan, znam siebie w tym stanie.
Obecność, która przytrzymuje
W tej metaforze energia męska to obecność. To świadomość. To dłoń na kostkach. Nie po to, by zatrzymać, ale by dać poczucie granicy, do której można wrócić. To coś lub ktoś, kto mówi: „Tak, możesz lecieć. A ja tu jestem. Trzymam przestrzeń. Nie zgubisz się.”
I nie chodzi tu o mężczyznę jako płeć. To może być wewnętrzny głos, partner, terapeuta, Wszechświat, Bóg, sam(a) Ty – w wersji, która wie, że wszystko jest dobrze, nawet gdy lecisz daleko.
Wewnętrzna dynamika
Dziś rozumiem, że ten obraz nie musi opowiadać o dwojgu ludzi. On opowiada o mnie. O mojej żeńskości, która pragnie wzlotu. I o mojej męskości, która potrafi być obecna – bez kontroli, bez wymagań. To nie walka, to współczucie między częściami mnie samej. Czasem sama trzymam siebie za stopy. Czasem potrzebuję, by zrobił to ktoś inny. Ale coraz częściej uczę się ufać, że jest coś większego, co mi nie pozwoli odfrunąć zbyt daleko.
Dlaczego ten obraz jest dla mnie ważny?
Bo nie mówi o „prawidłowej kobiecości” czy „idealnej męskości”. Nie służy do etykietowania, naprawiania, porównywania. Mówi o relacji między tym, co leci, a tym, co trzyma. Mówi o potrzebie zakorzenienia. O duchowości, która nie polega na ucieczce w górę, ale na powrocie do siebie – z darami przyniesionymi z nieba i z czułością dla własnych stóp.
A Ty?
Znasz w sobie tę część, która odlatuje i tę, która przytrzymuje? Masz w swoim życiu kogoś lub coś, co pomaga Ci wracać? Potrafisz być tą osobą dla siebie i dla innych?
Zakończenie
Czasem jedno zdanie wypowiedziane mimochodem w rozmowie okazuje się mądrzejsze niż wszystkie przeczytane książki. Bo płynie nie z wiedzy, lecz z wewnętrznego doświadczenia. Ten obraz – kobiety unoszącej się w powietrze i dłoni, która trzyma ją za stopy – mieszka we mnie do dziś.
I może teraz zamieszka także w Tobie.
Dziękuję, że jesteś ze mną w tej podróży. Zapraszam Cię także do przeczytania pierwszej części tego cyklu „Energia żeńska i męska – mit, cień i powrót do pełni” w której porządkuję duchowe i psychologiczne rozumienie energii żeńskiej i męskiej.

