Czasem przez całe życie próbujemy zdobyć coś, czego nigdy naprawdę sobie nie daliśmy
Myślę, że większość ludzi choć raz w życiu doświadczyła tego uczucia. Tęsknoty za tym, żeby zostać wybranym. Zauważonym. Ważnym dla kogoś. Chcemy być kimś wyjątkowym w oczach drugiego człowieka. Chcemy czuć, że ktoś naprawdę nas widzi i mówi: „To właśnie ciebie wybieram.”
I nie ma w tym nic złego. Potrzeba bliskości, miłości i więzi jest czymś naturalnym. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy od tego wyboru zaczynamy uzależniać własną wartość. Wtedy relacja przestaje być spotkaniem dwóch ludzi. Zaczyna stawać się próbą udowodnienia sobie: „Jestem wystarczająca”, „Jestem ważny”, „Zasługuję na miłość.”
I właśnie dlatego odrzucenie boli czasem dużo bardziej, niż powinno.
Bardzo często nie walczymy o człowieka, tylko o własną wartość
To jedna z tych rzeczy, które trudno zobaczyć od razu.
Kiedy ktoś nas odrzuca, odchodzi albo wybiera kogoś innego, wydaje się, że cierpimy wyłącznie z powodu utraty relacji. Ale bardzo często pod tym bólem kryje się coś znacznie głębszego. Nagle wracają stare emocje: „Nie jestem wystarczająca”, „Znowu zostałam pominięta”, „Co jest ze mną nie tak?”, „Dlaczego ktoś nie potrafi mnie pokochać?”
I właśnie wtedy okazuje się, że teraźniejsza sytuacja uruchomiła dużo starszą ranę. Bo jeśli człowiek w dzieciństwie musiał walczyć o uwagę, akceptację albo miłość, później jako dorosły może nieświadomie szukać ludzi, którzy ponownie uruchomią ten sam mechanizm.
To dlatego niektóre osoby tak bardzo przywiązują się do relacji niejasnych, trudnych albo emocjonalnie niedostępnych. Nie dlatego, że lubią cierpieć. Często dlatego, że podświadomie próbują wreszcie „wygrać” coś, czego kiedyś nie dostały.
Dziecko bardzo szybko uczy się, od czego zależy miłość
Jeśli dziecko doświadcza spokojnej, stabilnej i bezpiecznej bliskości, naturalnie buduje poczucie, że jest wartościowe samo z siebie. Nie musi niczego udowadniać, nie musi zasługiwać na uwagę.
Ale wiele osób dorastało w zupełnie innych warunkach. Czasem miłość była zależna od zachowania, od spełniania oczekiwań, od bycia grzecznym, cichym, najlepszym albo „bezproblemowym”.
Niektórzy słyszeli ciepłe słowa tylko wtedy, gdy odnosili sukcesy albo spełniali cudze potrzeby. Inni żyli w emocjonalnym chłodzie i przez całe dzieciństwo próbowali zasłużyć na uwagę rodzica.
I wtedy bardzo łatwo rodzi się przekonanie: „Żeby ktoś mnie wybrał, muszę być wystarczająco dobra.” To przekonanie często zostaje z człowiekiem na całe życie.
Dlaczego odrzucenie tak mocno boli?
Bo bardzo rzadko dotyczy wyłącznie teraźniejszości. Kiedy ktoś odchodzi, przestaje się odzywać albo wybiera kogoś innego, człowiek nie przeżywa tylko aktualnej sytuacji. Bardzo często uruchamia się również cały wcześniejszy ból: samotność, pominięcie, brak akceptacji, poczucie nieważności. To dlatego niektórzy po rozstaniu czują się tak, jakby stracili część siebie. Jakby ich wartość nagle przestała istnieć.
I właśnie wtedy zaczyna się desperacka potrzeba odzyskania drugiej osoby. Nie zawsze z miłości. Czasem bardziej z potrzeby odzyskania poczucia: „Jestem ważna”, „Jestem dość dobra”, „Nie zostałam odrzucona.”
Najbardziej bolesne jest to, że wielu ludzi nigdy naprawdę nie wybrało siebie
Myślę, że to jest sedno całego problemu. Niektórzy przez całe życie próbują zdobywać miłość innych ludzi, bo sami nigdy nie nauczyli się być po swojej stronie. Cały czas dopasowują się, poświęcają, walczą o uwagę, przekraczają własne granice albo próbują być kimś, kogo łatwiej będzie pokochać.
I w którymś momencie zaczynają żyć bardziej pod cudze oczekiwania niż w zgodzie ze sobą. To smutne, bo człowiek może mieć wokół siebie ludzi, a jednocześnie wewnętrznie nadal czuć się niewybrany.
Wybranie siebie nie oznacza egoizmu
To ważne, bo wiele osób źle rozumie to pojęcie. Wybranie siebie nie oznacza zamknięcia się na innych ludzi ani życia wyłącznie dla własnych potrzeb. Chodzi raczej o coś dużo głębszego – o moment, w którym człowiek przestaje porzucać samego siebie, byle tylko zostać zaakceptowanym.
To umiejętność powiedzenia: „Moje emocje też są ważne”, „Moje granice mają znaczenie”, „Nie muszę zasługiwać na miłość cierpieniem.”
I myślę, że właśnie wtedy zaczyna się coś naprawdę dojrzałego. Bo człowiek przestaje szukać relacji po to, żeby ktoś „naprawił” jego poczucie własnej wartości. Miłość przestaje być desperacką potrzebą ratunku. Zaczyna stawać się spotkaniem dwóch ludzi, którzy nie próbują już nawzajem leczyć swoich ran kosztem siebie.
Może właśnie dlatego tak trudno jest być naprawdę blisko
Prawdziwa bliskość wymaga czegoś więcej niż tylko uczuć. Wymaga odwagi, żeby przestać budować relacje na lęku przed odrzuceniem. A to oznacza również zmierzenie się z pytaniem: „Czy potrafię być po swojej stronie nawet wtedy, gdy ktoś mnie nie wybiera?” Myślę, że dla wielu ludzi właśnie to okazuje się najtrudniejszą lekcją miłości.
Ciąg dalszy tej serii
Jeśli nie czytałaś lub nie czytałeś poprzednich artykułów z tej serii, możesz wrócić do tekstów:
„Najbardziej boją się miłości ci, którzy najbardziej jej pragną”
„Jak zobaczyć własne mechanizmy, skoro wydają się normalne?”
„Dlaczego tak często wybieramy ludzi, którzy nas ranią?”
„Czy można nauczyć się bezpiecznej miłości?”
oraz
„Dlaczego tak trudno odpuścić relacje, które nas ranią?”
Każdy z tych artykułów pokazuje inny fragment naszych emocjonalnych schematów i relacji, które często budujemy bardziej z dawnych ran niż świadomego wyboru.
W kolejnym tekście poruszę temat, który jest bardzo blisko wszystkiego, o czym pisałam do tej pory:
„Dlaczego tak trudno uwierzyć, że ktoś może nas kochać naprawdę?”
Bo czasem największym problemem nie jest brak miłości. Czasem największym problemem jest to, że nasze wnętrze wciąż nie wierzy, że można być kochanym spokojnie, stabilnie i bez warunków.

