Najtrudniejsze mechanizmy to te, których w sobie nie widzimy
Większość ludzi myśli, że gdyby mieli jakieś destrukcyjne mechanizmy, na pewno by je zauważyli. W końcu trudno nie dostrzec czegoś, co wpływa na nasze relacje, emocje i decyzje. Problem polega jednak na tym, że psychiczne mechanizmy obronne rzadko wyglądają jak coś obcego. Najczęściej wydają się po prostu… nami.
Człowiek mówi: „Taki już jestem”, „Po prostu za bardzo analizuję”, „Potrzebuję kontroli”, „Mam trudność z zaufaniem”, „Szybko się wycofuję”, „Boję się zaangażowania.”
I zwykle nawet nie przychodzi mu do głowy, że to wcale nie musi być jego prawdziwa natura. Bardzo często jest to sposób przetrwania, którego nauczyła się psychika wiele lat wcześniej.
Mechanizmy są trudne do zauważenia właśnie dlatego, że żyjemy w nich od tak dawna. Dla osoby, która przez całe dzieciństwo musiała przewidywać nastroje rodziców, nadmierna czujność staje się czymś normalnym. Ktoś, kto dorastał w emocjonalnym chaosie, może później uważać ciągłe napięcie za naturalny stan funkcjonowania. Człowiek przyzwyczaja się do swoich reakcji tak bardzo, że przestaje je kwestionować.
Dopiero po czasie zaczyna rozumieć, że to, co uważał za swoją osobowość, często było jedynie próbą ochrony przed bólem.
Mechanizmy najlepiej widać w relacjach
Najczęściej nie dostrzegamy swoich mechanizmów wtedy, gdy wszystko jest spokojne. One ujawniają się dopiero w bliskości, emocjach i sytuacjach, które uruchamiają nasze lęki. To właśnie wtedy drobne wydarzenia zaczynają wywoływać reakcje dużo silniejsze, niż powinny.
Partner nie odpisuje kilka godzin, a w środku pojawia się niepokój, jakby relacja miała się zaraz rozpaść. Ktoś staje się bardziej zdystansowany, a człowiek natychmiast zaczyna analizować, czy zrobił coś nie tak. Jedni zaczynają walczyć o uwagę i zapewnienia, inni przeciwnie – wycofują się pierwsi, zanim druga strona zdąży ich zranić.
Bardzo długo wydaje nam się, że problem leży wyłącznie w teraźniejszości. Dopiero później zaczynamy rozumieć, że wiele emocji nie dotyczy tylko tego, co dzieje się tu i teraz. Często teraźniejsza sytuacja jedynie dotyka czegoś dużo starszego.
To dlatego reakcje bywają tak intensywne. Bo człowiek nie przeżywa wyłącznie obecnego momentu. Przeżywa również wszystkie wcześniejsze doświadczenia, które zapisały się w psychice i ciele.
Skąd wiadomo, że reaguje stara rana?
Myślę, że jednym z najważniejszych sygnałów jest moment, w którym emocja staje się nieproporcjonalna do sytuacji. Kiedy zwykłe wydarzenie uruchamia ogromny lęk, napięcie albo poczucie zagrożenia.
Czasem ktoś po prostu potrzebuje przestrzeni albo ma gorszy dzień, a druga osoba od razu czuje się nieważna, odrzucona albo opuszczona. Nie dlatego, że rzeczywiście została porzucona, ale dlatego, że psychika zna już ten stan i bardzo szybko do niego wraca.
Problem polega na tym, że większość ludzi bierze swoje myśli za prawdę. Jeśli w głowie pojawia się:
„Już mnie nie kocha”, „Na pewno się oddala”, „Za chwilę odejdzie” – to organizm reaguje tak, jakby to naprawdę się działo.
I właśnie dlatego tak trudno odróżnić teraźniejszość od dawnych ran. Emocje są prawdziwe. Lęk jest prawdziwy. Tyle że jego źródło często znajduje się dużo głębiej, niż nam się wydaje.
Samo zrozumienie mechanizmu często nie wystarcza
Dzisiaj wiele osób potrafi świetnie mówić o psychologii. Znamy pojęcia takie jak styl przywiązania, trauma, schematy czy wewnętrzne dziecko. Problem w tym, że świadomość intelektualna nie zawsze oznacza prawdziwą zmianę.
Można doskonale wiedzieć, skąd bierze się lęk przed odrzuceniem, a mimo to nadal reagować panicznie na chłód czy dystans drugiego człowieka. Można rozumieć własne mechanizmy i jednocześnie wciąż cierpieć w ten sam sposób.
Dzieje się tak dlatego, że wiele reakcji zapisuje się nie tylko w psychice, ale również w układzie nerwowym. Ciało pamięta napięcie, stres i emocjonalne zagrożenie dużo dłużej niż głowa.
I właśnie dlatego zmiana nie polega wyłącznie na „pozytywnym myśleniu” albo przekonywaniu siebie, że wszystko będzie dobrze. Człowiek potrzebuje nowych doświadczeń emocjonalnych. Potrzebuje poczuć, że może być blisko drugiego człowieka bez ciągłego strachu, że nie musi cały czas kontrolować sytuacji ani zasługiwać na miłość.
Dlaczego zdrowa relacja czasem wydaje się dziwna?
To może być jedna z najbardziej zaskakujących rzeczy w całym procesie uzdrawiania. Wiele osób, które przez lata żyły w emocjonalnych huśtawkach, odbiera spokojną relację jako coś podejrzanego albo „nudnego”.
Jeśli ktoś przyzwyczaił się, że miłość oznacza napięcie, niepewność i walkę o uwagę, to stabilność może wydawać się czymś obcym. Organizm jest przyzwyczajony do adrenaliny. Do ciągłego sprawdzania, analizowania i czuwania.
Dlatego zdrowa miłość często nie daje od razu fajerwerków. Bardziej przypomina spokój, przy którym człowiek powoli uczy się oddychać normalnie. A to dla wielu osób bywa trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.
Wszystko zaczyna się od zauważenia siebie
Myślę, że prawdziwa zmiana zaczyna się nie wtedy, gdy człowiek przestaje się bać. Zaczyna się wtedy, gdy po raz pierwszy naprawdę widzi swoje reakcje i przestaje przed nimi uciekać.
Nie po to, żeby się oskarżać albo naprawiać na siłę. Tylko po to, żeby zrozumieć, że wiele zachowań, które dziś utrudniają relacje, kiedyś pomagało przetrwać emocjonalnie.
I być może właśnie dlatego warto patrzeć na siebie z większą łagodnością. Bo większość ludzi nie jest „zepsuta”. Większość ludzi po prostu przez lata próbowała chronić swoje serce najlepiej, jak potrafiła.
Ciąg dalszy tego tematu…
W kolejnym artykule poruszę temat, który dla wielu osób jest jednym z najbardziej bolesnych pytań w relacjach:
„Dlaczego tak często wybieramy ludzi, którzy nas ranią?”
Bo czasem największą trudnością nie jest brak miłości. Czasem największą trudnością jest to, że podświadomie ciągnie nas właśnie do tych relacji, które przypominają stare emocjonalne schematy.
A jeśli nie czytałaś/eś poprzedniego artykułu z tej serii, możesz zacząć od tekstu:
„Najbardziej boją się miłości ci, którzy najbardziej jej pragną”

