Czasem bardziej boimy się odrzucenia niż własnego cierpienia
Jak stawiać granice, kiedy samo słowo „nie” wywołuje poczucie winy? To pytanie zadaje sobie wiele osób, które boją się odrzucenia, konfliktu albo rozczarowania innych.
Wiele osób mówi, że ma problem z granicami. Nie potrafi odmawiać, mówić o swoich potrzebach albo kończyć sytuacji, które je ranią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że chodzi po prostu o brak asertywności. Problem jest jednak zwykle dużo głębszy.
Często człowiek nie boi się samego konfliktu. Najbardziej boi się tego, co może wydarzyć się po postawieniu granicy: że ktoś się obrazi, odejdzie, przestanie kochać, odrzuci, uzna go za egoistę albo złego człowieka. I właśnie dlatego wiele osób przez lata zgadza się na rzeczy, które powoli odbierają im spokój, poczucie własnej wartości i kontakt ze sobą.
Dla niektórych ludzi granica oznacza zagrożenie
Osoby, które wychowywały się w zdrowych relacjach, zwykle uczą się, że można mieć własne zdanie, emocje i potrzeby bez utraty miłości. Mogą powiedzieć „nie” i nadal czuć się bezpiecznie. Ale nie wszyscy mieli takie doświadczenie.
Niektóre dzieci bardzo szybko uczą się, że sprzeciw oznacza: karę, chłód, wycofanie emocjonalne, poczucie winy albo utratę bliskości.
W takich warunkach psychika zaczyna traktować dostosowywanie się jako sposób przetrwania. Dziecko uczy się tłumić emocje, rezygnować z siebie i spełniać oczekiwania innych ludzi, żeby utrzymać relację i poczucie bezpieczeństwa. I właśnie dlatego później jako dorosły człowiek może mieć problem z granicami. Nie dlatego, że jest słaby. Często dlatego, że jego układ nerwowy nauczył się, iż stawianie granic wiąże się z ryzykiem odrzucenia.
Niektórzy całe życie uczą się być „wygodni”
Szczególnie wiele kobiet zna to uczucie. Bycie miłą. Wyrozumiałą. Pomocną. Nie sprawiającą problemów. Tylko że bardzo często pod tą „dobrocią” kryje się ogromny lęk przed tym, że jeśli człowiek zacznie mówić o swoich potrzebach, przestanie być kochany albo akceptowany.
I wtedy zaczyna się życie w ciągłym dopasowywaniu się do innych. Ktoś zgadza się na rzeczy, których nie chce. Tłumi złość, nie mówi o bólu, pozwala przekraczać swoje granice. Daje więcej, niż naprawdę ma siłę dawać. A później pojawia się zmęczenie, frustracja i poczucie, że relacje zaczynają odbierać energię zamiast ją dawać.
Problem polega jednak na tym, że człowiek często nawet nie zauważa momentu, w którym zdradza samego siebie, bo robił to tak długo, że stało się to „normalne”.
Dlaczego tak trudno powiedzieć „nie”?
Dla wielu osób „nie” nie jest zwykłym słowem. „Nie” oznacza ryzyko utraty relacji, ryzyko konfliktu, ryzyko bycia ocenionym, ryzyko, że ktoś przestanie kochać.
To dlatego niektórzy wolą cierpieć w ciszy niż narazić się na czyjeś niezadowolenie. I właśnie tutaj pojawia się bardzo bolesny paradoks. Człowiek tak bardzo boi się odrzucenia przez innych, że zaczyna odrzucać samego siebie: ignoruje własne emocje, własne potrzeby, własne granice.
A przecież żadna relacja nie będzie naprawdę zdrowa, jeśli wymaga ciągłego poświęcania siebie.
Granice nie oddzielają ludzi. Granice pokazują, gdzie kończysz się ty
Wiele osób boi się granic, bo kojarzą im się z chłodem, egoizmem albo dystansem. Tymczasem zdrowe granice nie mają nic wspólnego z odpychaniem innych ludzi. Granice są raczej informacją:
„to mnie rani”, „na to się nie zgadzam”, „to jest dla mnie za dużo”, „mam prawo czuć to, co czuję.”
I co ciekawe, dopiero człowiek, który potrafi stawiać granice, naprawdę zaczyna budować dojrzalsze relacje – bo przestaje funkcjonować wyłącznie z lęku przed utratą.
To oczywiście nie oznacza, że każdy zareaguje dobrze. Niektóre osoby rzeczywiście odejdą, kiedy przestaniemy spełniać ich oczekiwania. Ale może właśnie wtedy okazuje się, które relacje były oparte na prawdziwej bliskości, a które jedynie na naszym ciągłym dopasowywaniu się.
Najtrudniejsza granica często dotyczy nas samych
Z czasem człowiek zaczyna rozumieć, że granice nie polegają wyłącznie na mówieniu „nie” innym ludziom. Czasem najtrudniej przestać przekraczać własne granice dla czyjejś akceptacji. Przestać błagać o uwagę, przestać tłumaczyć czyjeś raniące zachowania, przestać zostawać tam, gdzie psychika od dawna cierpi.
I może właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa zmiana. Nie wtedy, gdy człowiek staje się „twardy”. Tylko wtedy, gdy zaczyna coraz bardziej być po swojej stronie. Bo zdrowe granice nie oddalają nas od miłości. One oddalają nas od relacji, w których trzeba rezygnować z siebie, żeby zostać kochanym.
Ciąg dalszy tej serii
Jeśli nie czytałaś lub nie czytałeś poprzednich artykułów z tej serii, możesz wrócić do tekstów:
„Najbardziej boją się miłości ci, którzy najbardziej jej pragną”
„Jak zobaczyć własne mechanizmy, skoro wydają się normalne?”
„Dlaczego tak często wybieramy ludzi, którzy nas ranią?”
„Czy można nauczyć się bezpiecznej miłości?”
„Dlaczego tak trudno odpuścić relacje, które nas ranią?”
oraz
„Dlaczego tak bardzo potrzebujemy, żeby ktoś nas wybrał?”
Każdy z tych artykułów pokazuje inny fragment naszych emocjonalnych schematów, lęków i relacji, które budujemy zarówno z innymi ludźmi, jak i z samymi sobą.
W kolejnym tekście poruszę temat, który bardzo często kryje się pod nadmiernym pomaganiem, ratowaniem innych i ciągłym dawaniem z siebie więcej niż mamy:
„Dlaczego tak trudno przestać ratować innych ludzi?”
Bo czasem pomaganie nie wynika wyłącznie z empatii. Czasem jest również próbą zdobycia miłości, poczucia wartości albo kontroli nad relacją.

