Czasem pomagamy innym tak bardzo, że po drodze gubimy samych siebie
Są ludzie, którzy niemal naturalnie przejmują odpowiedzialność za emocje innych. Wchodzą w rolę osoby, która wspiera, tłumaczy, ratuje, uspokaja, pomaga zrozumieć świat i łagodzi cudzy ból. Bardzo często to właśnie oni są „tymi dobrymi”. Empatycznymi. Wyrozumiałymi. Zawsze obecnymi.
Na pierwszy rzut oka wygląda to pięknie. I rzeczywiście, wrażliwość oraz chęć pomagania są czymś wartościowym. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy człowiek zaczyna ratować innych kosztem siebie.
Kiedy coraz częściej tłumaczy cudze zachowania, choć sam cierpi. Kiedy usprawiedliwia chłód, brak zaangażowania albo raniące słowa. Kiedy daje kolejne szanse nie dlatego, że naprawdę chce, ale dlatego, że panicznie boi się odejść. I bardzo często nawet nie zauważa momentu, w którym pomaganie przestaje być zdrową troską, a zaczyna stawać się próbą utrzymania relacji za wszelką cenę.
Niektórzy nauczyli się, że ich wartość polega na byciu potrzebnym
To jeden z najważniejszych powodów, dla których tak trudno przestać ratować innych ludzi. Wiele osób już jako dzieci uczyło się, że muszą być „dla innych”. Spokojne, pomocne, dojrzałe ponad swój wiek, nie sprawiające problemów. Czasem przejmowały emocje rodziców, próbowały łagodzić konflikty albo stawały się emocjonalnym wsparciem dla dorosłych.
I wtedy bardzo łatwo rodzi się przekonanie: „moja wartość polega na tym, że jestem potrzebna”, „żeby być kochaną, muszę dawać więcej”, „muszę zasłużyć na miejsce w czyimś życiu”
Później taki człowiek często wchodzi w relacje, w których naturalnie zaczyna opiekować się drugą stroną. Próbuje zrozumieć, naprawić, uleczyć albo „uratować” partnera przed nim samym.
Tylko że bardzo często pod tym pomaganiem kryje się ogromny lęk: że jeśli przestanie dawać tak dużo, przestanie być ważny.
Ratowanie innych może dawać poczucie kontroli
To bardzo trudny temat, bo większość ludzi nie chce tego w sobie widzieć.
Pomaganie bywa również sposobem radzenia sobie z własnym lękiem i bezsilnością. Jeśli człowiek skupia się na problemach innych ludzi, łatwiej mu nie czuć własnego bólu. Łatwiej być potrzebnym niż usiąść samemu ze swoją samotnością, pustką albo lękiem przed odrzuceniem.
Czasem ratowanie innych daje też złudzenie kontroli nad relacją. Bo jeśli ktoś mnie potrzebuje, to może nie odejdzie. Jeśli będę wystarczająco dobra, cierpliwa i wyrozumiała, może w końcu mnie pokocha. Jeśli pomogę mu się zmienić, nasza relacja wreszcie stanie się bezpieczna.
Problem polega jednak na tym, że człowiek nie jest w stanie uratować drugiej osoby przed jej własnymi emocjami, traumami czy wyborami. I właśnie dlatego osoby, które ciągle próbują „naprawiać” innych, często kończą skrajnie zmęczone emocjonalnie.
Są relacje, które opierają się bardziej na ratowaniu niż na miłości
To bardzo bolesne uświadomienie. Niektóre związki od początku budowane są wokół nierównowagi. Jedna osoba daje, rozumie, wspiera i niesie emocjonalny ciężar relacji, a druga przyzwyczaja się do tego, że zawsze zostanie uratowana, usprawiedliwiona albo „zrozumiana”.
I właśnie wtedy pojawia się ogromne zmęczenie. Bo człowiek zaczyna czuć, że już nie jest partnerem, ale terapeutą, opiekunem albo emocjonalnym ratownikiem.
Tylko że odejście wydaje się niemożliwe. Pojawia się poczucie winy: „Co będzie, jeśli sobie nie poradzi?”, „A jeśli mnie potrzebuje?”, „Nie mogę go zostawić.”
I znów okazuje się, że pod relacją kryje się coś więcej niż miłość. Bardzo często jest tam również lęk przed tym, że postawienie siebie na pierwszym miejscu oznacza egoizm albo zdradę.
Pomaganie przestaje być zdrowe wtedy, gdy niszczy ciebie
Myślę, że to jest granica, której wiele osób bardzo długo nie widzi. Zdrowa troska o drugiego człowieka nie powinna wymagać ciągłego rezygnowania z siebie. Nie powinna oznaczać życia w permanentnym zmęczeniu emocjonalnym, tłumienia własnych potrzeb albo ratowania relacji w pojedynkę.
Problem polega na tym, że osoby przyzwyczajone do ratowania innych często dopiero po czasie zauważają, jak bardzo są wyczerpane. Tak długo skupiały się na emocjach innych ludzi, że całkowicie straciły kontakt ze sobą. I właśnie wtedy pojawia się bardzo trudne pytanie: „Kim jestem, jeśli przestanę być potrzebna?”
To pytanie potrafi być przerażające. Szczególnie dla ludzi, którzy przez całe życie budowali własną wartość na dawaniu, pomaganiu i opiekowaniu się innymi.
Może prawdziwa miłość nie polega na ratowaniu
Może prawdziwa bliskość zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje brać odpowiedzialność za całe życie i emocje drugiej osoby. Kiedy rozumie, że może wspierać, ale nie musi nieść wszystkiego sam. Może kochać, ale nie musi poświęcać siebie. Może być obok, ale nie jest odpowiedzialny za czyjąś zmianę.
I myślę, że właśnie to jest dla wielu ludzi najtrudniejsze: zaakceptowanie, że czasem największą formą miłości nie jest ratowanie innych ludzi, ale przestanie ratować ich kosztem siebie.
Ciąg dalszy tej serii
Jeśli nie czytałaś lub nie czytałeś poprzednich artykułów z tej serii, możesz wrócić do tekstów:
„Najbardziej boją się miłości ci, którzy najbardziej jej pragną”
„Jak zobaczyć własne mechanizmy, skoro wydają się normalne?”
„Dlaczego tak często wybieramy ludzi, którzy nas ranią?”
„Czy można nauczyć się bezpiecznej miłości?”
„Dlaczego tak trudno odpuścić relacje, które nas ranią?”
„Dlaczego tak bardzo potrzebujemy, żeby ktoś nas wybrał?”
oraz
„Dlaczego tak trudno stawiać granice?”
Każdy z tych artykułów pokazuje inny fragment emocjonalnych schematów, które wpływają na nasze relacje, decyzje i sposób, w jaki próbujemy zdobywać miłość oraz poczucie bezpieczeństwa.
W kolejnym tekście poruszę temat, który bardzo często ukrywa się pod nadmiernym analizowaniem, potrzebą kontroli i ciągłym napięciem:
„Dlaczego tak trudno odpuścić kontrolę?”
Bo czasem kontrola nie wynika z potrzeby dominacji. Czasem jest po prostu próbą ochrony siebie przed bólem, chaosem i lękiem, którego człowiek kiedyś doświadczył.

